Jakoś w 2022 roku po raz pierwszy poczułam, że przesadzam. Poczułam, że wszystko się pieprzy, że nie mam kontroli, że bliskie osoby na mnie polegają, a ja mam to w dupie, bo najważniejsze były… sprawy nieważne*. Zapominałam, kłamałam, popełniłam wiele błędów, podjęłam złe decyzje. Złamałam obietnice, zaufanie, więzi i wiele szkła (np. szklanek).

Te notatki z telefonu, które są w karuzeli, są z sierpnia 2022 roku. Wszystko się spełniło. Nawet więcej. Zdecydowałam się nie pić alkoholu przez minimum kilka miesięcy i autentycznie polecam. Nie chcę nikomu prawić morałów, ale… Pijesz codziennie? Serio? To tak ryje banię. Jak jest się w ciągu, to się tego nie wie. Jest taka różnica, że szok. W ciągu zrobiłam tyle durnych rzeczy. Kto wie, ten wie. Wstyd mi do dzisiaj, ale co mogę zrobić? Mówić, że to alkohol? To nie jest do końca argument. Co nie? No nie. Ogólnie, odkąd nie piję alkoholu, to znowu bardziej się wszystkiego boję (autyzm) i czuję o wiele, wiele więcej niż wtedy, gdy piłam. No tak! Ameryki nie odkryłam.

Czuję teraz tak dużo, o rany, rany. Wiele osób, które przestały pić, choć na chwilę, mówią właśnie o tym.
Czucie. Na przykład dolegliwości kręgosłupa.
Czucie się też dobrze albo po prostu gorzej.
Czucie zmęczenia, znużenia, ciekawości, miłości albo nawet kości. Dosłownie.
Zaczęłam żyć bliżej z tym moim ciałem, co nie? Stąd kości. Czuję się ostatnio tak szczęśliwa jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. Był wieczór, mama była w domu; *pewnie akurat się śmiejemy, oglądamy coś, mama się wygłupia*; ja czekam, aż tata wróci z pracy i wszystko gra.
Nigdy w życiu bym wtedy nie pomyślała, że życie się tak potoczy. Ja nie chcę myśleć, co było po tym. Ja chcę to czuć. To dobro, tę nieznośną lekkość bytu. Już od dłuższego czasu czuję to szczęście, to oczekiwanie na miłe spotkanie, przytulenie, bliskość. Nawet sama ze sobą. Bo wiecie, jak byłam dzieckiem, to przecież nie piłam i było mi dobrze, nie potrzebowałam tego. Wręcz przeciwnie. Wpadłam w to. Psychologia tłumu, naiwność, niedojrzałość. Autyzm. Maskowanie.

Piłam, bo nie wiedziałam, nie rozumiałam, nie czułam siebie, nawet nie chciałam. Wróciłam. Wróciłam do autentycznego przeżywania życia, bania się, płakania. Do trzeźwej radości i beki, do śmiania się do łez. W pełnej świadomości, nawet jeśli bolą mnie kości.
Więc tak, o niebo mi lepiej. Teraz zamiast walić browara, wolę zrobić maseczkę.
*o sprawach nieważnych piszę osobne teksty.
Dziękuję za przeczytanie. Jeśli chcesz podzielić się przemyśleniem, napisz do mnie.