Kilka dni temu na bulwarze spotkałam takie starsze małżeństwo. Oboje byli po dziewięćdziesiątce.
Gdy zobaczyłam ich z daleka, wiedziałam, że się zatrzymam i znajdę jakąkolwiek wymówkę, by z nimi porozmawiać.

Na szczęście nie musiałam jej szukać. Okazało się, że ten pan był jeszcze bardziej rozmowny i filozoficzny ode mnie. Jego żona siedziała obok - nie tyle zawstydzona, ile bardzo spokojna i opanowana. Co zresztą przypomniało mi o mojej byłej partnerce. Łezka w oku się zakręciła, ale to nie o tym.
Pan zaczął robić mi analizę i powiedział: „Wydaje mi się, że ma pani psychologiczną duszę”. Patrzę na niego i mówię: „Proszę pana, pan ma jakieś nadprzyrodzone moce?”. Bo to prawda.
Potem powiedział: „Hm, nieczęste, żeby tak młoda osoba chciała rozmawiać z takimi staruchami”. A ja na to: „Proszę tak nie mówić. Ja też kiedyś będę stara, więc chociażby z myślą o tym wolę rozmawiać ze starszymi ludźmi niż z młodymi”.
Rozmawiamy dalej. W pewnym momencie wyszedł temat przeszłości, bo padło pytanie o studia. Zaczęłam mówić to i owo: „Wie pan, kiedyś byłam zupełnie inną osobą i myślę, że nie chciałby pan ze mną wtedy rozmawiać”.
On mówi: „Co, uzależnienia?”.
A ja patrzę na niego i myślę: no nie wytrzymam z nim. Przemknęło mi przez głowę, że zamiast na terapię, powinnam po prostu częściej z nim rozmawiać. Oczywiście żartuję.
No i mówię do niego: „Proszę pana, tak. Właśnie o to chodzi. Miałam problem z pewnymi substancjami. Co wynikało głównie z tego, że poświęcałam za mało uwagi samej sobie”.
Pan powiedział, że czuć to po tym, jak się wypowiadam i jak ich doceniam. To było bardzo ciekawe.
Mówię: „Ale państwo wspaniale wyglądają! Patrzę na państwa i myślę: no wspaniale”.
A pani nagle się odzywa: „Proszę pani, tu nie ma nic wspaniałego. Każdego dnia się bardziej starzejemy, ledwo się ruszamy”.
Odpowiadam: „Wie pani co? Zdaję sobie z tego sprawę. Sama mam już takie problemy z kolanami, że czasami jak ukucnę, to nie mogę wstać. Chodzi mi o to, że najważniejsze, że macie siebie”.
Pani spojrzała na mnie: „To prawda, to prawda”.
Mówię: „To piękne, że po prostu tutaj razem siedzicie. Nawet jeśli nie możecie się ruszać, to nie możecie się ruszać razem”.
Pan się zaśmiał, pani też się zaśmiała.
Pani była bardzo spokojna, jakby wycofana, ale było widać, że to po prostu jej sposób bycia. Pan był inny: lubił mówić, analizować i nawiązywać bezpośredni kontakt. Czyli robić to, co ja sama lubię, mimo że jestem autystką. Tak sobie myślę, że to moja odpowiedź na autyzm. Tak sobie z nim radzę: chcę się zbliżać, a gdy poczuję, że nie mogę, po prostu się wycofuję. Czasami do tego stopnia, że aż mnie to przeraża.
Ostatnio wycofałam się trzykrotnie z relacji, które trwały już jakiś czas, ale mi ciążyły. Czy jestem z tego dumna? Nie. Dlaczego miałabym być dumna z tego, że skończyło się coś, co przez pewien czas było dobre? Jednak to nie jest ważniejsze od tego, jak czułam się przy tych osobach. Czułam się zapomniana. Czułam się wykorzystana. Traktowana nierówno. Nadwyrężałam własne zdrowie psychiczne, żeby to utrzymać.
Dlaczego o tym mówię? Bo to ważne. Boję się czasami, że nie będę miała z kim usiąść na takiej ławce. Na ten moment jedyną osobą, do której mogę zadzwonić o każdej porze dnia (to dla mnie istotny wyznacznik) i która nie jest moją mamą, jest moja kuzynka.
I tak, jest mi trochę smutno. Przez większą część życia otaczałam się ludźmi, którzy w ogóle nie dbali o to, jak się czuję. I nie uważam, że przesadzam, bo jeśli ktoś ucieka wzrokiem, gdy mówisz mu, jak Ci smutno, to co masz myśleć? Nikomu nie życzę takiego doświadczenia.
Czasami się zastanawiam, czy ci ludzie w ogóle przyszliby na mój pogrzeb, czy stwierdziliby:
„O nie! Aga znowu narobiła problemów. Jej pogrzeb obciąży nas psychicznie. Lepiej pójdźmy na imprezę”.
Jednym słowem: Kurde.
Dobrze, że już przewartościowałam się na lepszą stronę życia. Przynajmniej w moim uznaniu. Dla niektórych jestem nudna, a dla mnie samej - odpowiedzialna.
„What’s your superpower?” hehehe