Właśnie siedzę w lesie, patrzę na mojego pieska, który bawi się patykiem. Martwię się, że zrobi sobie krzywdę w ząbki, ale to jest dla niej takie szczęście, że jak ja mam odmówić? Trzeba po prostu pilnować i tyle.

Wracając do lasu. Jezus, motylek, widzę go teraz, motylek. Dosłownie widzę motylek. Już go nie ma. No, odwróciłam się na moment. Bo piękny, biały. Uwielbiam białe motyle. W ogóle uwielbiam motyle.
Wracając do lasu. Siedzimy z Zosią. Jest pięknie. Mam na sobie skarpetki, które dostałam od osoby, która już nie jest w moim życiu. No ale siedzę i myślę sobie: OK, mam te skarpetki, ubrałam je, w pewnym sensie specjalnie, ale też nie przesadzajmy, bo po prostu, szczerze mówiąc, mam bardzo mało skarpet i ze względu na to, że mam stwierdzone również OCD, to u mnie wszystko musi się zgadzać. Nie miałam żadnego innego odpowiedniego koloru skarpetki, więc musiałam ubrać właśnie te skarpetki.
Czy ta świadomość mi coś robi? Że to są od tej osoby skarpetki? No, nie, tak właściwie to nie. Jedyne, co mi robi, to fakt, że tej osoby nie ma. W sensie takim, że autentycznie patrzę na te skarpety i momentami zapominam. I co z tego?
Dlatego wiecie, nie lubię takich prezentów. Szczerze. Wolałabym dostać pralkę albo, nie wiem, termos! To bym go sprzedała po prostu. A skarpetek nie sprzedam, bo nosiłam je wcześniej. I jak mam je sprzedać?
Dobra, kontynuując. Siedzę sobie w lesie i patrzę na mech i bawię się patykiem. Przypomina mi się, jak miałam lat, jeśli dobrze pamiętam, jedenaście, dwanaście. Chodziłam do lasu w Wejherowie. Bardzo, bardzo często. Mało kto o tym wiedział? Okazało się w mojej dorosłości? Podobno w ogóle o tym nie mówiłam.
Uwielbiałam być sama. Czułam się wtedy bezpiecznie. Zresztą do dzisiaj tak mam. Gdy jestem sama, to czuję się bezpieczniej. Dlatego tak lubię być sama. Bardzo ciężko jest mi się z kimś prawdziwie zbliżyć. Bardzo ciężko.
Natomiast las zbliżył mnie do siebie samoistnie, samoistnie. Kocham zapach ziemi. Jest cudowny. Zapach ziemi jeszcze tak świeżo grzebanej. Coś wspaniałego.
Krzyczę do Zosi: Niunia! Niunia! Niunia! Niunia! Zosia!
Słyszę wiatry i myślę sobie: Jeju, wszystko jest piękne, dosłownie. To, co natura zrobiła ze światem, jest… No, wszystko jest niesamowite.
Słońce zachodzi na moim jedynym, najbardziej słonecznym miejscu. Świeci na Zosię, ale na mnie już praktycznie w ogóle. To nic.

Teraz patrzę na szyszkę i sobie myślę:
„No przecież taka szyszka to jest niby tylko szyszka, ale jaka ona jest piękna, jaka ona jest równa. To wszystko ma sens.”
Natomiast potem, no cóż, do lasu wchodzą ludzie i ja w tym moim ukochanym lesie, zresztą nie tylko moim, napotykam po drodze tyle śmieci, że to się w głowie nie mieści.
I żeby to były jeszcze przypadkowe śmieci? Nie. To są śmieci typu: po prostu jestem osobą, która ma to szczerze gdzieś. Wypiłem teraz tutaj wódkę, zjadłem chipsy.
No i ja sobie tak myślę: jak to jest możliwe?
Bo skoro tacy ludzie uważają, że to jest takie bardzo normalne zachowanie, to czy w ogóle dyskusja na temat moralności osób, które dokonują o wiele gorszych rzeczy, typu morderstwo, jest w ogóle jakkolwiek zasadna? Po co? Po co?
W naturze też dzieją się złe rzeczy. Ale nie w takim wydaniu. Czasami naprawdę żałuję, że jestem człowiekiem. Ale potem myślę sobie: przynajmniej mam te poglądy, z których jestem zadowolona i które mogę pielęgnować, przekazywać dalej i dzielić się nimi. Dlatego też to teraz robię.
Nie ma nic wspanialszego od natury i od relacji ze sobą samym. I dopiero wtedy wszystko ma sens. Mi pomogła też diagnoza. Ale nie każdy, tak jak ja, ma autyzm. Natomiast każdy, tak jak ja, w mojej opinii, powinien najpierw, przede wszystkim, poznać i pokochać siebie samego.
Mojej Zosi uczyłam tego od początku. Nie bez powodu teraz stoi przed lustrem, patrzy i mówi: „ale jestem fajną suczką!”
No cóż, poszło w nie tę stronę, co miało, ale już lepiej tak, niż jakbym miała płakać. Oczywiście żartuję.
Poniekąd.
Do napisania! Pozdrawiam.